RSS
piątek, 07 grudnia 2007
mikołajki

Jacek od kilku lat odgrywa rodzinnego Mikołaja dla swoich siostrzeńców. W tym roku najstarszy z nich, 5 letni Kuba, bacznie mu się przyglądał  przez całą uroczystość rozdawania prezentów.

Potem, gdy Jacek już wrócił pod swoją „normalną” postacią podszedł do niego i szepnął mu na ucho:

- Wujku, ja wiem że to nie jest prawdziwy Mikołaj tylko Ty, ale ja nikomu nie powiem i Ty za rok też przyjdź, bo jak nie przyjdziesz to ja nie dostanę tych prezentów. A bardzo je lubię.

21:18, witek040
Link Komentarze (3) »
wtorek, 04 grudnia 2007
tłumaczka

Zdrawstwujtie  ja choczu wam skazac o ekołogiczieskich probliemach Uanbatora – uśmiechnięty Azjata zajął miejsce za pulpitem i zaczął bezbarwnym głosem wyrzucać z siebie okrągłe zdania po rosyjsku.

Po Rosyjsku!!!!

Dla mnie był to szok – nigdy nie przepadałem za tym językiem – uczyłem się go niechętnie a swoje lenistwo usprawiedliwiałem tym że jest to narzucony język okupanta.  Poza tym  od kilkunastu lat nie odzywałem się w tym języku do nikogo więc z najprawdopodobniej zajmującego wykładu rozumiałem tylko co któreś słowo.

 A może to i lepiej, gdyż wykład Azjaty poprzedzały bardzo zajmujące wykładu polskich naukowców - specjalistów w bardzo wąskich dziedzinach, którzy godzinami zanudzali nas opowieściami o swoich nieocenionych odkryciach i przemyśleniach – niestety, przeważnie zupełnie nie zrozumiałymi dla nikogo poza autorami. 

Ale czego innego można się spodziewać po Szkole Geomechaniki Górotworu? Na tej dziwacznej imprezie znalazłem się zupełnie przypadkiem – Szef instytucji w której pracowałem był absolwentem uczelni która to organizowała i nie wiadomo czemu znaleźliśmy się na liście sponsorów. A że sponsorom przysługiwało darmowe zaproszenie to jako jedyny geolog zostałem nim zaszczycony. Teoretycznie było fajnie, 2 dni w górach darmowe żarcie i jakaś impreza wieczorem, jedynym mankamentem była konieczność wysłuchania kilku godzin przeraźliwie nudnych wykładów.

Rozejrzałem się po sali – oprócz kilkunastu przeraźliwie znudzonych słuchaczy płci męskiej siedziały tam również przedstawicielki płci pięknej – 4 lub 5 wybitnych specjalistek geologiczo- geofizycznych z byłych demoludów i krajowych uczelni, .których wygląd potwierdzał regułę, że kobiety dzielimy na bardzo ładne, ładne,  brzydkie, bardziej brzydkie i te z geologii. Niestety, wieczorna impreza zapowiadała się na typową popijawę w męskim gronie.

I gdy już pogodziłem się z tą perspektywą i usiłowałem zapaść w lekką drzemkę, aby jakoś przeżyć tą nudę, nagle, zauważyłem w kącie sali parę ładnych piersi uśmiechających się do mnie z dosyć dużego dekoltu. Podniosłem wzrok Dziewczyna miała długie ciemne włosy i skośne oczy – Azjatka!

W dodatku młoda i bardzo ładna.

Ale co ona robi na takiej imprezie?  Może będzie miała jakiś wykład ? Pomyślałem z nadzieją, że pooglądam ją sobie dokładniej na mównicy.

Niestety,  a może na szczęście Azjatka nie wygłosiła wykładu bo okazało się że jest tłumaczką Azjaty, który zanudzał nas wykładem po rosyjsku.

Wykłady się skończyły, a resztę dnia spędziłem  przygotowując się do wieczornej imprezy.

Impreza rozpoczęła się od rozdania bigosu, który popijaliśmy piwem. Aby zabawa była miła organizatorzy wynajęli wodzireja- góra orkiestrę, który opowiadał stare kawały i  zmuszał nas do śpiewania oklepanych piosenek biesiadnych.

Gdzieś tak pomiędzy 4, a 5 piwem przyszli nasi zagraniczni goście.

Ponieważ goście się spóźnili, nie mogli zająć osobnego stolika i dosiali się do naszych, dzięki czemu impreza zrobiła się mocno integracyjną. Dziwnym trafem, Azjatka usiadła koło mnie, a jej szef przy drugim końcu stołu.

Kami okazała się miłą dziewczyną – spragnioną towarzystwa innastrańców,  tłumaczką z języka mongolskiego na angielski.  Jako najładniejsza uczestniczka imprezy od razu zdobyła wszystkich serca. Moi koledzy rzucili się aby ją zabawiać i tu pojawił się problem – znajomość języków obcych. Tłumaczka znała  rosyjski i  angielski, a większość moich kolegów mówiła tylko po polsku, ewentualnie po rosyjsku na migi.

Co nie zmieniało faktu że w miarę wypitego alkoholu wszyscy byli coraz większymi erudytami. Chłopcy wyłazili ze skóry aby tylko dziewczynę poderwać.

Jej szef -mongolski naukowiec okazał się facetem o słabej głowie, po jakimś czasie zaśpiewał nam jakąś starą mongolską piosenkę wojenną- która uświadomiła mi jak wielka była siła Dżingis Hana. Bo gdy wyobraziłem sobie że tysiąc Mongołów usiadło wokół jakiejś twierdzy i zaczęło śpiewać to po jakimś  czasie obrońcy albo się poddawali albo wariowali słysząc taka straszną kakofonię.  Po odśpiewaniu hymnu bojowego, naukowiec łagodnie osunął się na ławę i błogo usnął w misce bigosu.

Moja przewaga nad większością zalotników polegała na tym, że znam angielski, może nie specjalnie dobrze, ale na tyle aby poderwać mongolska tłumaczkę wystarczyło. Dziewczyna chciała sobie pogadać w tym języku.

Pozostali uczestnicy popijawy nie byli zachwyceni tym, że swobodnie potrafię powiedzieć cos co dziewczyna zrozumie i stale usiłowali nam przeszkodzić. A to śpiewali jakieś piosenki zapamiętane z festiwalu w Zielonej Górze, a to opowiadali o wilku i zającu, ewentualnie opowiadali coś w zupełnie niezrozumiałym połączeniu wszystkich zapamiętanych języków.

Byli straszliwie zawzięci, a im bardziej im się nie udawało tym bardziej mnie nienawidzili. Impreza trwała, alkoholu ubywało, języki się rozwiązywały, a tłumaczka coraz bardzie zbliżała się do mnie, ku nieukrywanej irytacji moich towarzyszy.

Wreszcie, gdy już myślałem, że zostali definitywnie pokonani  i delikatnie zacząłem sobie wyobrażać w jaki miły sposób spędzę resztę nocy., któryś z moich kolegów wymyślił broń ostateczną.

Obudził Mongolskiego Naukowca.

Naukowiec rozejrzał się półprzytomnym wzrokiem i zauważył, że coś jest nie tak z jego tłumaczką, zaczął ją szukać i niestety znalazł, po czym bezceremonialnie zdjął z moich kolan, powiedział coś w swoim języku i odprowadził do pokoju.
Moi koledzy (ci co dotrwali do tej pory)  byli zachwyceni.

Ja nieco mniej, ale rano doszedłem do wniosku że dobrze się stało – bo co by było gdyby naukowiec tłumaczki nie znalazł i zaczął głośno śpiewać?

21:37, witek040
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 listopada 2007
diabeł

Odejdź Diable! Czego odemnie chcesz? Zostaw mnie w spokoju!

Zdziwiony patrzyłem na Tomka, który stał siedział naprzeciwko mnie i przyglądając mi się z przerażeniem bełkotał egzorcyzmy.

Piliśmy już parę godzin, jak zwykle gdy Tomek przyjeżdża z Kanady, ale nie wydawało mi się abym aż tak się zmienił.

Nie jestem diabłem, Tomek uspokój się, przygładziłem ręką włosy aby ukryć rogi. To ja Witek – Twój kolega usiłowałem - Go uspokoić.

Nie zbliżaj się Diable, nie rób mi krzywdy.

Lata picia zrobiły swoje, Tomek miał jakieś omamy alkoholowe, a może to co piliśmy – wódka Polonez z Łańcuta tak na niego podziałała? Sytuacja zaczęła mnie już niepokoić – należało zakończyć na dzisiaj picie.

Wiesz co, ja już pójdę spać – idź na balkon przewietrz się, jak umyje zęby to na pewno cię nie skrzywdzę – zażartowałem, ale mina Tomka nie wskazywała abym go do końca przekonał.

Rozścieliłem Mu tapczan i poszedłem do łazienki.

Gdy wracałem do swojej sypialni siedział jeszcze przy stole jakby czekał czy aby napewno nie wrócę Go skrzywdzić.

Rano zbudziło mnie jego krzątanie, byłem straszliwie skacowany, ból głowy utrudniał mi logiczne myślenie, z trudem zwlokłem się z łóżka, a jak doszedłem do pokoju w którym spał Tomek ze zdziwieniem stwierdziłem że mój kolega jest już ubrany i  gotowy do wyjścia.

Może klinika ? zaproponowałem nieśmiało.

Nie, nie dziękuje, spieszę się – muszę jeszcze jakieś sprawy pozałatwiać. Jeszcze się zobaczymy – przecież jutro nie wyjeżdżam odpowiedział szybko i sobie poszedł.

Gdy zamknąłem za nim drzwi zauważyłem że na podłodze są porozrzucane kawałki wędlin ze stołu z naszej wczorajszej popijawy.

Kto to zrobił? Kot czy może Tomek – walcząc z jakimś urojonym nocnym potworem.

Nie chciało mi się nad tym zastanawiać – byłem zbyt chory tego ranka. 

19:31, witek040
Link Komentarze (6) »
środa, 10 stycznia 2007
puchaty agresor
Dzisiaj byliśmy na wycieczce u Przedsiębiorcy. Przedsiębiorca zainwestował dużo kasy w ekologiczną technologię i chciałby abyśmy poparli jego starania o zwrot kosztów.
Pojechaliśmy dużą grupa urzędników, bo nasze szefostwo uważa że duża świta świadczy o dużym prestiżu.
Działalność przedsiębiorcy zupełnie nie leży w moich kompetencjach i kompletnie mnie nie interesuje, więc w głębi duszy miałem nadzieję że nie zmieszczę się do samochodu i będę musiał zostać w pracy. Niestety Przedsiębiorca podstawił busa i wszyscy się zmieścili.
Na miejscu Przedsiębiorca oprowadzał nas po zakładzie i objaśniał działanie różnych dziwnych urządzeń. Pierwszy raz byłem w taki miejscu i nie przypuszczałem, że coś co jest ekologiczne  może być aż tak śmierdzące i takie głośne. Byłem pełen podziwu dla śmieciarzy sortujących śmieci, pracowali z taką obojętnością jakby niczego nie czuli nic nie słyszeli.  Ja w przeciwieństwie do nich miałem taką ochotę się porzygać, że nawet nie chciało mi się robić moich ulubionych czynności na takich wycieczkach – czyli mądrych min i mówienia okrągłych nic nie znaczących zdań.
Po jakimś okropnie długim czasie Przedsiębiorca uznał że już dostatecznie się nacierpiałem i zaprosił nas na kawę do swojego biura.
Biuro było duże i przestronne, zająłem więc strategiczne miejsce w końcu sali, mając nadzieję że może uda mi się zdrzemnąć i ukoić skołatne zmysły.
Jakież było moje zdziwienie, gdy na krześle obok mojego zobaczyłem małą puchatą kuleczkę. Spał sobie tam mały kotek zwinięty w kłębek
Bardzo lubię koty i nie mogłem przepuścić okazji aby się z nim nie pobawić.
Kotek początkowo przyjmował z wyraźną radością moje głaskanie, wyciągał się i mruczał, aż nagle coś przestało mu się podobać i doszedł do wniosku że jestem jego wrogiem. Nagle zafuczał i ugryzł mnie z furią w palec. W swoim życiu bawiłem się z ogromna ilością kotów, ale takie wściekłości jeszcze nie widziałem. Zwierzak oszalał, gryzł i drapał wszystkie moje palce, miauczał parskał i atakował tak gwałtownie że aż przestało mi się to podobać.
A może on jest na coś chory? Przestraszyłem się i wykorzystując fakt ze kocina spadła z krzesła popchnąłem ją delikatnie butem w stronę mojej koleżanki z pracy, która z zainteresowaniem słuchała jak Przedsiębiorca snuje dalekosiężne plany rozwoju swojego zakładu. Bierz ją! W myślach poszczułem kotka na nogę koleżanki.
Niestety kocina nie umiała czytać w moich myślach i delikatne szturchnięcie butem potraktowała jako kolejny atak na swoje jestestwo. Kot wczepił swoje pazurki w mojego buta i zapamiętale się w niego wgryzł. Potem potraktował moja nogę jak konar drzewa i znowu zaatakował moje kolana i rękę.
Co ciekawe Przedsiębiorca mówił coś ciekawego i nikt nie zauważył moich rozpaczliwych prób wyzwolenia się z pazurków potwora. Gdyby Przedsiębiorca nie uznał że już poznaliśmy wszystkie zalety jego przedsiębiorstwa  i nie wstał aby się z nami pożegnać pewno kocina by mnie tam rozszarpała.
Ale nagle wszyscy wstali.  Przedsiębiorca spojrzał na mnie i  z radością oznajmił - O widzę że poznał pan już Leonka. Trudno było tego nie zauważyć – zwłaszcza że Leonek wisiał na moim brzuchu. No chodź Leonku powiedział i delikatnie oderwał kotka od mojego krawata.
To nasza maskotka pochwalił się.
Wszyscy obecni zachwycali się kotkiem i miałem czas doprowadzić się do porządku. Na szczęście kotek był młody i podrapania nie były głębokie. Ale marnie widzę przyszłość gości Przedsiębiorcy gdy kot podrośnie. No chyba że będzie go wypuszczał na teren zakładu i karmił pracującymi tam śmieciarzami .
21:35, witek040
Link Komentarze (10) »
niedziela, 31 grudnia 2006
obrazek sylwestrowy

Sylwester w pracy ma swoje dobre strony – podobnie jak Wigilia w pracy, nie trzeba się przejmować porządkami, przygotowaniami itd. Można sobie siedzieć obijać się, podrywać laski ewentualnie w coś grać, pełny luz.  I tak właśnie by mi dzisiaj minął dzień gdyby klienci nie dostarczyli mi dodatkowych atrakcji.
Początkowo nic nie zapowiadało atrakcji, zaczęło się nawet całkiem dobrze – przed kafejką kłębił się tłum klientów oczekujących na moje przyjście – to prawdziwie rzadki widok w ostatnich czasach. Otwarłem drzwi i wszyscy rzucili się do komputerów. Wtedy zobaczyłem Tomka który nie chciał wejść do środka tylko siedział naburmuszony w kącie podwórka - Nawet się nie przywitał gówniarz, zresztą wisiało mi to i tak go nie lubię.
Tomek to mój najlepszy klient – zostawia najwięcej pieniędzy, jest samolubnym, uzależnionym od internetu 12- latkiem, straszliwie rozpieszczonym przez samotnie go wychowująca matkę. Uważa, że wszystko mu się należy. Czasami go wyrzucam, bo bywa agresywny w stosunku do innych dzieci, potem przychodzi przeprasza i jakoś to się kręci. Dzisiaj był wściekły, bo się spóźnił i przy jego ulubionym komputerze usiadł jakiś inny chłopak. Tamten chłopak nie chciał się przesiąść na inny komputer Tomek też nie chciał innego, tak na marginesie w kafejce  zostały puste jeszcze 2 komputery o takich samych parametrach- ale jak się Tomek uprze to na innym nie siądzie.
Czułem w powietrzu zbierająca się burzę.  
Tomek posiedział jakiś czas przed kafejka i sobie poszedł.
Za jakieś 30 minut przyszła matka Tomka z pytaniem, czy nie dało by się aby Tomek jednak usiadł na tym swoim ulubionym komputerze.
Niestety, nie dało się – chłopak który tam siedział nie lubi się z Tomkiem i nie chciał się przesiąść, ja też nie chciałem go przesadzać na siłę bo jednak przyszedł pierwszy i sprawiedliwość musi być. W międzyczasie przyszedł Tomek któremu zaproponowałem inny komputer – którego oczywiście nie chciał.
Nie to nie,  nie będę go prosić.
Matka chwile postała w nadziei że coś się wyklaruje,  Tomek pokręcił się pomiędzy komputerami naindyczony, po czym, gdy Matka zaproponowała mu że może by jednak usiadł sobie gdzie indziej - wyzwał ją do kurew i uderzył w twarz.
Cóż było robić – wziąłem go za kołnierz i wyrzuciłem za drzwi, niech się nauczy że nie można bić matki w mojej kafejce, na dodatek w Sylwestra.
I to, mam nadzieję, że będzie na tyle z atrakcji Sylwestrowych.

 

A skoro dzisiaj Sylwester to Życzymy  Wam wszystkiego najlepszego w Nowym Roku, niech nie będzie on gorszy do tego co właśnie się kończy, abyście byli zdrowi, mieli kasę, dobra pracę, długie i głębokie orgazmy, i nie wiemy o czym tam jeszcze sobie marzycie.

Witek i Pakulec ;-)

18:18, witek040
Link Komentarze (8) »
środa, 27 grudnia 2006
po świętach

Wreszcie po świętach. W tym roku świętować zaczęliśmy już od soboty – bo co to za pomysł aby Wigilia była w niedzielę? 
Na swoje własne nieszczęście, niedługo przed świętami wszedłem na wagę - wyszło 102 kg. Taka waga przy moim wzroście (200 cm) nie jest jeszcze przerażająca, ale już jest powodem do poważnego myślenia o odchudzaniu. Ponieważ przed świętami człowiek zawsze ma więcej zajęć i więcej ruchu, miałem nadzieję że uda mi się to zrzucić.
Niestety, byłem naiwny.
W Wigilię, zgodnie z tradycją, wyciągnąłem z piwnicy choinkę. Tradycja wyciągania choinki z piwnicy jest zakorzeniona w mojej rodzinie od czasu, gdy parę lat temu po Nowym Roku, kupiliśmy na jakiejś wyprzedaży w hipermarkecie, kompletnie ubraną, wielką, sztuczną choinkę z wystawy za 10 zł. Choinka ta stała poprzednio w holu sklepu i aby klienci nie ukradli ozdóbek, łańcuchów i lampek, wszystkie te elementy obsługa troskliwie przymocowała jakimś drutem (na szczęcie zielonym) do gałązek. Drut mocujący jest tak twardy, że w domu tez nie udało mi się niczego odczepić i po paru nieudanych próbach zapakowaliśmy całą choinkę w papier i wyniosłem ją do piwnicy. Teraz wystarcza ją tylko przynieść i odpakować z papieru.
Potem była tradycyjna uczta wigilijna z filetami z pangi, pierogami, kluskami z makiem itd. W moim domu nie jemy karpia z prostej przyczyny – nikt tego zwierzaka nie potrafi zabić.  Kiedyś co prawda, Kurczak w zawodach pływackich wyłowił karpia i dostał go w nagrodę do domu. Tamten karp miał poważną szansę umrzeć ze starości, ale gdzieś tydzień po świętach, gdy zaczęliśmy się do niego przyzwyczajać jak do kolejnego domowego zwierzątka, odwiedziła nas sąsiadka i  zabrała go sobie wybawiając nas z kłopotu.

Po wieczerzy wigilijnej wypakowaliśmy prezenty. Ja dostałem książkę – najnowszego Sapkowskiego „Lux perpetua” i w tym momencie Święta się dla mnie skończyły. Aż do wtorkowego wieczoru, gdy skończyłem czytanie, byłem nieobecny duchem. Niestety, moje ciało było stale obecne i pod nieobecność ducha niemiłosiernie  się obżerało. Na skutek nieodpowiedzialności ciała, gdy dzisiaj wszedłem na wagę wskazówka wskazywała prawie 105 kg.
Od dzisiaj poszczę.

20:06, witek040
Link Komentarze (4) »
piątek, 22 grudnia 2006
życzenia świąteczne

Jak co roku zbliżają się Święta, i jak co roku będziecie się musieli spotykać z nielubianymi krewnymi, zarozumiałymi kuzynami, przechwalającymi się kuzynakami,  będziecie musieli oglądać ich obrzydliwe bachory. Będziecie musieli się cieszyć z zupełnie niepotrzebnych wam rzeczy zwanych prezentami,   potem będziecie leżeć i stękać z przejedzenia, a na koniec Wasz ulubiony zwierzak zrobi Wam awanturę że zupełnie o niego nie dbacie.
Tak, Niestety to Nas wszystkich czeka.
W związku z tym, życzę Wam z całego serca, abyście przeżyli jakoś ten trudny okres, przecież sami wiecie, że to Wy w całej rodzinie jesteście najpiękniejsi, najszczuplejsi, a Wasze dzieci najmądrzejsze. A że akurat nikt inny poza Wami tego nie widzi, albo widzi to nieco inaczej to tylko jego strata. ;-)

20:12, witek040
Link Komentarze (9) »
środa, 20 grudnia 2006
tygodniowy przeglad prasy

Nasz niezmiernie patriotyczny, i szarmancki w stosunku do kobiet prezydent, wziął swoja małpę i pojechał na Śląsk spotkać się z górnikami i ich małpami, następnie pojechał na wybrzeże aby spotkać się ze stoczniowcami. Stoczniowcy też przyprowadzili swoje małpy ku uciesze prezydenta.
A Kazio ciągle bez pracy - biedaczek ;-). Co też zaproponują Kaziowi? Ma on wiele zdolności – potrafi grać w piłkę z uczniami i jeździć na nartach, umie też przecinać wstęgi i wdzięczyć się do kamery, i  to wg niego odpowiednie cechy aby zostać wicepremierem lub co najmniej prezesem PKO. Ze też nikt tego poza samym Kaziem nie potrafi tego docenić.
Ale to wszystko nic, bo  będziemy mieć króla !!!
Naszym królem będzie Chrystus – już posłowie PiSu i LPRu się o to postarają.
I to jest wreszcie pozytywna informacja - bo tam gdzie jest król nie może być prezydenta.

21:27, witek040
Link Komentarze (3) »
sobota, 09 grudnia 2006
wróżby andrzejkowe

W najbliższym czasie będziemy świadkiem wróżenia z ciała Andrzeja. Wróżenie z ciała jest bardzo ważne. Z układu krost na tyłku  biegły sądowy oceni czy Andrzej był zdolny do bzyknięcia młodych działaczek Samoobrony. Teraz, gdy Łyżwiński okazał się niepłodny Andrzej stoi przed niepowtarzalną szansą aby go zastąpić.

A tak na marginesie, wszystko by mi pasowało, gdyby nie fakt, że niedawno Kaczyński z Lepperem przesłuchiwali w tej sprawie prokuratora generalnego. Po tym spotkaniu nie wierzę nawet w badania genetyczne.


Dość o polityce. Widzę że już nawet nie chce się wam tego komentować.  Najciekawsze jest to, że już prawie nikt tego bloga już nie czyta, a niedługo zawędruję  do 100 najchętniej czytanych blogów. Ten paradoks związany jest ze starą notką o świątecznych obrazkach – w której nie ma ani jednego obrazka świątecznego, za to do tej notki mam mnóstwo przekierunkowań z googli.
Tak samo było rok temu.
Poszukiwacze obrazków świątecznych wywindowali mnie na jakieś 3 lub 4 miejsce, ciekawe jak wysoko będzie w tym roku. Po świętach przestaną mnie odwiedzać i znowu spadnę na swoje miejsce gdzieś w odległy kąt blogowiska i dobrze. 

21:36, witek040
Link Komentarze (14) »
piątek, 08 grudnia 2006
sexskandal 2

Życie dopisało dalszy ciąg wczorajszej notki - posłanki samoobrony wykorzystywały sexualnie młodych mężczyzn.
Jestem pełen podziwu dla tych jurnych chłopaków  samoobrony, trzeba być bardzo napalonym aby bzyknąc taka posłankę Hojarską, lub Wisniowską.
Samoobrona to partia ludzi ze wsi i małych miasteczek – patrząc na to sexualne rozpasanie z niecierpliwością czekam na doniesieniach o wykorzystaniu sexualnym kozy lub krowy
.

22:09, witek040
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20